czwartek, 22 stycznia 2015

Chapter thirteenth

Proszę o przeczytanie notatki pod rozdziałem.


~*~

Droga zajęła mi o wiele mniej niż piętnaście minut. Kilometr to wcale nie tak dużo. Uśmiechnęłam się gdy weszłam na chodnik a moim oczom ukazała się normalna, oświetlona droga.
Pierwsze domy wyłoniły się przede mną już po dobre pół godzinie spokojnego marszu.
Starałam się nie zaprzątać myśli Danielem i jego nową zabawką.
„Hope, mamy dwudziesty pierwszy wiek, czego ty się spodziewałaś ? Uczucia są bezwartościowe.”
Plan, który chciałam zrealizować teraz jest mi po prostu zbędny. Teraz, gdy Daniel nie jest już mną zainteresowany. Poszłoby z górki gdyby tylko ten idiota nie okazał się aż takim dupkiem.
Rozejrzałam się po ulicy, na której właśnie się znajdowałam. Jednorodzinne domy lub małe bloki. Obżerza Seatle. Muszę znaleźć jakąś pomoc
Podeszłam pod drzwi pierwszego domu z brzegu. Budynek był jednopiętrowy z dużymi oknami i ceglanymi ścianami.
„Co ja powiem tym ludziom?”
Wahałam się pomiędzy dwoma powodami późnego najścia. Pierwszym było to, że mój samochód padł gdy ja próbowałam się dostać do Seatle, drugi brzmiał mniej realistycznie dla przeciętnego człowieka : zostałam uprowadzona i właśnie udało mi się zwiać. Oczywiste było to, ze nie powiem im prawdy. Wybrałam pierwszą wersję,a moja dłoń powędrowała w stronę dzwonka. Do moich uszu dotarł głośny dźwięk i postąpiłam jeden krok w tył.
Drzwi się otworzyły,a przede mną stanęła kobieta w wieku bliskim siedemdziesięciu lat. Siwe włosy upięte z tylu głowy podkreślały jej ciemnoniebieskie tęczówki. Była ubrana w jasną spódnicę, kolorową koszulkę na krótki rękaw a na sobie miała kwiecisty fartuch otaczający jej pulchną sylwetkę.
-Dobry wieczór.- odezwałam się pierwsza. Staruszka spojrzała na mnie.
-Dobry wieczór.- jej głos był miły i babciny. Uśmiechnęłam się do niej, co odwzajemniła.
-Mogłabym skorzystać z telefonu ? Mój samochód padł, gdy jechałam do Seatle.
-Ojejku, kruszynko nic ci nie jest ?
-Nie, dziękuję za troskę. Muszę się skontaktować z rodzicami, którzy mieszkają w Nowym Yorku.
-Oczywiście. Wejdź.- kobieta uchyliła szerzej drzwi pozwalając mi przejść. Zdjęłam buty i przeszłyśmy przez korytarz wchodząc do pomieszczenia, jak się później okazało była to kuchnia. - Nazywam się Rosemary King.
-Bardzo miło mi panią poznać, nazywam się Hope- nie powinnam jej podawać mojego prawdziwego nazwiska- Trenington.
-Piękne imię. Kochanie, może masz ochotę coś zjeść? Pewnie przeszłaś szmat drogi...Musisz być wycieńczona.
-Nie jest tak źle. To był kawałek drogi, ale nie jestem zmęczona ani głodna. Mogłabym skontaktować się z którymś z moich rodziców ? Bardzo mi na tym zależy.
-Już ci podaję telefon cukiereczku.- staruszka odwraca się w stronę blatu na którym stoi jasny, bezprzewodowy telefon domowy. Chwyta go w rękę i powraca do mnie, przy okazji podając mi słuchawkę. Ręka drży mi delikatnie. Ostatnia rozmowa z moją matką nie była najlepszym sposobem kontaktowania się. Wpisuję z pamięci numer komórkowy do taty. Mam nadzieję, że jeszcze nie śpi.
Pierwszy sygnał...
Drugi sygnał...
Trzeci sygnał...
-Tak słucham ? - odpowiada mi dobrze znany, męski głos. Jestem uratowana.
-Cześć tato. Z tej strony Hope.
-Córeczko ! Jak się czujesz skarbie ?
-Dobrze tato. Tylko musisz mnie skądś zabrać...-nie dokańczam, bo mój ojciec przerywa wypowiedź.
-Jak to? Uciekłaś im kochanie ? Gdzie jesteś zaraz skontaktuję się z mamą i pojedziemy z policją prosto po ciebie. - podstawiam słuchawkę od ucha, przykrywając głośnik.
-Czy mogłaby mi pani zapisać dokładny adres na kartce ?- odpowiada mi tylko skinięcie głowy i kobieta zabiera się za poszukiwanie kartki i długopisu. Po chwili otrzymuje skrawek białej kartki pokrytej czarnym tuszem. Odsuwam rękę od głośnika.
-Tato masz gdzieś kartkę i długopis?
-Gotowe.
-11146 Crestwood Dr S, Seattle. Dom numer 143. Zapisałeś ?
-Tak. Ale upewnijmy się czy aby na pewno dobrze.-tata podaje mi adres, który mu powiedziałam, potem wyklina na tego, który wywiózł mnie na drugi koniec kontynentu. Ja się nie odzywam, nie ma odwagi powiedzieć tego wszystkiego ojcu. Nie mam odwagi wydać Daniela i jego paczki. Wybaczyłam im krzywdy, które mi wybaczyli, nie wydam ich dla ich własnego dobra. I mojego również.

~*~

Pani King okazała się dobrą towarzyszką, podczas blisko dwóch dni oczekiwania na przyjazd moich rodziców. Dzięki niej miałam gdzie się podziać, od razu po zakończeniu prawie godzinnej rozmowy z tatą powiedziała, że czas oczekiwania na pomoc spędzę u niej. Dowiedziałam się o pani Rosemary wielu ciekawostek. Ma sześcioro, dorosłych dzieci, trzynaścioro wnuków. Jej mąż nie żyje od siedmiu lat i ona mieszka samotnie w tym pięknym domu.
Podczas tych dwóch dni, nie wychodziłam z budynku. Nie chciałam się narażać na to, że Daniel może przypadkiem mnie znaleźć. Pani King nie miała do mnie żadnych pretensji o to, ze nie pomagałam jej w zakupach, chyba odczytała to jako strach przed brakiem akceptacji. Nie obchodziło mnie co myślała, po prostu cieszyłam się, że nie wnikała w moją sytuację.
Dźwięk dzwonka, który rozniósł się po całym domu poderwał nas obie z kanapy sprzed płaskiego telewizora. Spojrzałam na staruszkę, która skinęła mi głową, na znak, że to ja powinnam otworzyć drzwi.
Ruszyłam w stronę drewnianej powierzchni. Cieszyłam się, że w końcu wrócę do Washyngtonu. Do mojego mieszkania. Do mojego domu.
Uchyliłam powierzchnię a przede mną stała para. Kobieta i mężczyzna. Brązowe włosy kobiety były związane w koński ogon na czubku głowy. Zielono-szare oczy wpatrywały się z iskierkami radości i ekscytacji w moją postać. Jej sylwetkę opinały ciemne legginsy i granatowa koszulka na krótki rękaw. Mężczyzna stał tuż obok żony. W mundurze policyjnym. Zazwyczaj kruczoczarne włosy, teraz przelatywały się z siwymi pasemkami. Sińce pod oczami sprawiły, że brązowe tęczówki zdawały się być puste, bez życia. Uśmiechy zagościły na ich twarzach gdy ujrzeli właśnie mnie.
Mój ojciec rzucił się na mnie i oplótł moją sylwetkę swoimi ramionami. Szczelnie. Mocno. Tak jakbym miała zaraz zniknąć. Matka stała z załzawionymi policzkami i patrzyła z radością i smutkiem w oczach. To było dziwne. Moja rodzicielka nigdy nie martwiła się o mnie za bardzo. To na tacie mogłam najbardziej polegać.
-Kochanie...tak się cieszę. Nawet nie wiesz jak te dwa tygodnie mnie wykończyły. Nie spałem. Bałem się, że już nigdy nie ujrzę mojej księżniczki.- jego głos drżał. Płakał.- Tak się cieszę, że cię odzyskałem. Zabiję sukinsyna. Dowiem się, kto to i zabiję.
-Nie tato. Proszę to nie warte tego wszystkiego, ze mną jest już w porządku. Naprawdę. Te wszystkie wydarzenia należą już do przeszłości.
Miałam taką nadzieję.
Liczyłam na to, że Daniel już nigdy nie pojawi się w moim życiu.


~*~

Z Seatle do New Yorku jechaliśmy cztery dni. W drodze powrotnej rodzice pozwoli sobie na noclegi w hotelach, bo byli już wykończeni bezsennymi nocami. W Nowym Yorku nie spędziłam całego dnia, bo chciałam już wrócić do siebie. Wytłumaczyłam to rodzicom tym, że byłam wykończona, potrzebowałam samotności i prawdziwego odpoczynku. Zrozumieli pomimo cichych protestów, ze chcą się mną nacieszyć udało mi się wyrwać z tego przytłaczającego miasta.
Moim największym marzeniem w tamtej chwili było zakopanie się w łóżku i odespanie tego wszystkiego, ale czekała na mnie jeszcze podróż, która o dziwo nie ciągnęła się w nieskończoność

~*~

Klucze od mieszkania były zawieszone za drabinką prowadzącą na dach kamienicy w której mieszkałam. Dobre miejsce, bo nikt nie korzystał z tego wejścia. Włożyłam klucz do zamka, przekręciłam i zaczerpnęłam głębszy oddech. Bałam się i owszem. Może mieszkanie było zdewastowane i musiałabym zainwestować w remont ?
„Raz się żyje”
Wyjęłam klucz i pociągnęłam klamkę w dół. Nic się nie zmieniło w korytarzu. Weszłam czym prędzej do kuchni i łazienki wszystko wydawało się. Mój pokój również się nie zmienił, poza jednym szczegółem. Na niezaścielonym łóżku leżała biała kartka złożona na pół.
Z szaleńczym biciem serca podeszłam do mebla i chwyciłam w drążące ręce papier. Rozłożyłam list.
„To jeszcze nie koniec, skarbie.
Ja nie poddaję się łatwo.”

Właśnie przeżyłam mój horror na nowo.


Pod ostatnim rozdziałem nie było tych 6 komentarzy, rozumiem.
Przynam, że szkoda, bo planowałam,że po tym rozdziale miał pojawić się jakiś dodatek czy coś.
Od jutra zaczynam ferie, co wiąże się z większa ilością czasu na pisanie.
Pozdrawiam serdecznie. I udanych ferii życzę !

3 komentarze:

  1. Szczesciara jutro masz ferie! :D Co do rozdzialu to jest fanastyczny.Moja kolezanka probowala skomentować twoj rozdzial ale niestety z anonima sie nie da :/ Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Kolejny wspaniały rozdział! <3
    Nie spodziewałam się, że Hope już teraz wróci do domu.
    Przez chwilę nawet sądziłam, że to koniec opowiadania, ale ostatnie zdanie wprowadziło mnie w przyśpieszenie serca.
    Uważam, że wspaniale piszesz.
    I wprost nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału :)
    Życzę dużo weny i udanych ferii(które ja również mam ale od poniedziałku, tak więc niedługo mi się kończą :c)
    Jeżeli będziesz miała czas i oczywiście chęci to zapraszam na moje blogi na pingerze(http://kirie.pinger.pl/ oraz http://lisabelle.pinger.pl/). Wiem, że możesz tam już nie zaglądać dlatego do niczego cię nie zmuszam.

    Pozdrawiam.
    A.Wiktoria ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozdział jest cudowny *^*
    Masz na prawdę wielki talent (;.
    Ciekawy styl pisania, i zajebisty pomysł na opowiadanie ;*.
    Te ostatnie zdanie .. Aww :D Nie mogę się doczekać kiedy dowiem się co dalej ; p.
    Musze wziąść się w garść i nadrobić wszystkie rozdziały na tym blogu :D życz mi powodzenia. Xd
    Wiem ze masz jeszcze jednego bloga.. Musze sprawdzić czy jest tak samo świetny jak ten.- aa co ja gadam. Na pewno :D
    życzę weny *^* Buziaki ^^

    OdpowiedzUsuń