sobota, 3 stycznia 2015

Chapter eleventh

 Powoli odsuwam swoje usta od jego i zaczerpuję potrzebnego mi oddechu. Długi, namiętny pocałunek, który mi zafundował na rozładowanie gniewu pomógł bardziej niż mogłabym się spodziewać. Jego ramiona wciąż oplataja moje ciało, a ja próbuje się wydostać z jego objęc.

-Puścisz mnie?-pytam lekko zachrypniętym głosem.

-Nie.

-Dlaczego ?- pytam zaciekawiona powodem.
-Bo ja wyznałem swoje uczucia do ciebie, a teraz czekam na to co ty masz mi do powiedzenia.

-Dobrze całujesz, zadowolony? Nie oczekuj ode mnie czegoś więcej, tylko na tyle mnie stać. Wciąż jestes moim porywaczem jak i nie prześladowcą, to chore.

-Właśnie się całowaliśmy.

-No i co z tego? - jego ręce opuszczaja moje ciało, ale od razu przenosza się w strone włosów, które są nerwowo przeczesywane. Czuję się swobodniej bez jego dotyku na moim ciele i odsuwam się o dwa kroki.

-No i co z tego?” ?! Nie całuje się z każdą napotkana laską, mam jeszcze jakieś uczucia, ale ty chyba najwidoczniej nie. To, że jestem twoim porywaczem nie oznacza, że nie jestem facetem. Nie jestem ślepy na twoje walory. Jestes kobieta i podobasz mi się pod wieloma względami. Żałuję tego co zrobiłem, naprawdę...

-Wiem, słyszałam twoja przemowę.- przerywam mu.- W sumie smierc nie jest złym rozwiązaniem kiedy wszyscy w tym domu cie nienawidzą.

-Jutro się wyprowadzamy. Ty i ja. W lepsze miejsce.

-Jest miejsce lepsze od tego? To kompletna dzicz. Zero cywilizacji, poza waszą trojką.

-To nieprawda, po prostu nasz dom jest dobrze skryty. Kilometr na północ droga polna i jestes na obrzeżach Seatle.

Co? Seatle? Wywieźli mnie tak daleko od Waszyngtonu? Do cholery jasnej.

-Dlaczego wywieźliście mnie tak daleko od Waszyngtonu ?

-Żeby było bezpieczniej.

-To jest taka długa podróż! Co wyście mi dali?! Poza tym jak Wam udało się mnie ukrywac na granicach?

-Wstrzyknęliśmy ci niewielką ilość kannanibolu. Reszty ci nie zdradzę, bo to za wcześnie.

-Jesteście poważnie chorzy.

-Ciesz się, ze trafiłas w moje ręce, wiesz ile ludzi chciało cie mieć? Na karte przetargową?- potrząsam głową.- Ze mna jestes bezpieczna. Naprawdę już cie nie skrzywdze jestes dla mnie zbyt ważna.

Mam już dość tych jego wyznań. Ja tego nie potrzebuję. Nie od niego. On jest mi zbędny do życia, a tymbardziej jego wyznania. Chociaż...W mojej głowie kiełkuje plan, który może sprawić, ze będę silniejsza i będę trudniejszym celem dla wszystkich. Muszę chociaż spróbować.

-Cieszę się. Skoro to tutaj. Z tobą jestem bezpieczniejsza, to jest dobrze mi tak.-jego sylwetka znowu się do mnie zbliża a jego dłoń delikatnie pociera skórę mojego policzka.

-Dobrze, że to rozumiesz. Teraz powinnaś się położyć wciąż jesteś bardzo słaba.

-Chciałabym wziąć prysznic. Czuję się strasznie od względem higieny. Proszę.

-Mam nadzieję, że doktor Flynn mnie za to nie zabije, ale dobrze. Pomóc ci w czymś?

-Jeśli mógłbys mi załatwić jakąś nowa piżamę? Byłoby miło.

-Jasne. Wolisz koszulkę na krótki rękaw czy długi?- pyta podchodząc do szafy.

-Wystarczy na krótki rękaw.

-Jutro gdy dojedziemy do Nowego Yorku, pójdziemy na zakupy.-podaje mi czarną koszulkę w dekold w serek i szare dresy.

-Ale w Nowym Yourku...


-Najciemniej pod latarnią, skarbie.- i wyszedł z pokoju. To jest okropne, tak naprawdę będę tak blisko moich rodziców, ale to takie nieoczywiste, że właśnie tam będę. Najciemniej od latarnią.


Notka od autorki

B E Z N A D Z I E J A

Mimo to publikuję, na prośbę Ella Line.
komentujcie to zagrzewa do dalszego pisania.
Naprawdę chciałabym ukończyć tą historię,
a Wasze komentarze mi pomagają.
Dziękuję.

1 komentarz:

  1. Hej! :D Nominacja do Liebster Award! Więcej dowiesz się na myhopeislastway.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń